STOP szkicowi - czym jest rysowanie "na żywioł"?

     Nie skłamię, jeżeli powiem, że maluję długo. Oczywiście wiele się zmieniło - na zajęciach plastycznych malowałem tanią farbą na kartkach formatu b2 obrazy na dosyć absurdalne tematy (choć zabawa była to niezła i w te wakacje planuję pewien projekt z tym związany). Potem zacząłem kupować lepszej jakości kryjący akryl i podobrazia płócienne, aż w końcu wypracowałem sobie swój styl oparty na kolorze i plamie. Niemniej przez cały ten czas jedno niezmiennie drażniło mnie najbardziej - szkic

    Gdy rysuję tuszem lub stalówką, szkic jest konieczny - źle poprowadzonej linii nie da się "zgumować" czy w inny sposób usunąć. Linia musi być dokładna i dobrze ułożona, by jedną kreską uzyskać cały grymas twarzy lub zarys zwierzęcia. W malarstwie jest inaczej - gdy maluję na wytrzymałym papierze lub płótnie mocno kryjącą farbą jak akryl, tworzę mnóstwo warstw, linie zamazuję i stale zmieniam kompozycję. Malowanie odbieram jak rzeźbienie - zaczynam od podstawowych plam i połaci koloru, by potem przekształcić je innymi odcieniami w to co chcę, powoli przechodząc do szczegółu. W efekcie większość szkicu czy kompozycji od razu zostaje zakryta pierwszymi warstwami farby po kilku minutach malowania. Gdy na zajęciach pani wymagała ode mnie dokładnego szkicu według tematu, a ja mówiłem, że "Kwiatki dodam przy malowaniu. Przecież wiem gdzie mają być!" po czym ona kazała mi je narysować - zniechęciła mnie do malarstwa. Dopiero zakończywszy zajęcia, gdy sam zacząłem eksperymentować, okazało się, że... kichać na szkic! W wielu kompozycjach wystarczy prosty zarys tego, co chcę namalować - gdzie ma być główna postać, horyzont czy drzewa. Gdy większość moich obrazów to przecież kompozycja plam - nie jestem w stanie narysować ołówkiem jak umieszczą się połacie koloru czy plamki w koronie drzew - jest to efekt, który osiągam dopiero podczas malowania - na żywioł! I właśnie tak najczęściej tworzę szkic - uwzględniam jedynie najważniejsze elementy.

    A pewnego dnia zdecydowałem się na jeszcze inny krok - namalowałem obraz bez szkicu w ogóle. Było to co prawda maleńkie płótno 20x20, ale i tak był to błąd. Nie wiem co mnie naszło, ale chyba chciałem po prostu poeksperymentować z kolorem i formą, tak czy inaczej nie polecam stosowania zasady "maluję, nie planuję", bo bez choć prostego rozplanowania elementów można się łatwo zgubić, tak jak na tamtym nieszczęsnym płócienku - wieża maga zamiast być niewielka, rozcina cały kadr nie mieszcząc się na obrazie. Także moim zdaniem - każdy niech decyduje - ale ja uważam, żeby nie spędzać nad szkicem tyle co nad faktycznym malowaniem - bo można usnąć z nudy!



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Grafika komputerowa - co o niej myślę i dlaczego nie lubię

Akryl - czyli co uwielbiam w malarstwie

Przygoda z łukami - malowanie "Zwiadowców"